Ten wpis zainspirowało moje życiowe nieogarnięcie. Wpadłam dziś na wykład, żeby dowiedzieć się, że właśnie ma miejsce zaliczenie. Wykład o poezji Herberta, na który zapisałam się dość naiwnie, bo wielbię Jego twórczość, i jeśli kogokolwiek mogę nazywać autorytetem czy inspiracją dla mojej pisaniny, to właśnie Jego.
Postawiłam na szczerość i bez ogródek wyznałam wykładowcy, że nie miałam pojęcia o zaliczeniu. Przyjął to ze spokojem, uzgodniliśmy nowy termin dla Soni-sierotki i już miałam podnosić zad z krzesła, kiedy zaaranżował taki oto dialog:
- A pani lubi Herberta?
- Tak, dlatego właśnie zapisałam się na ten wykład. To jest, w ogóle, śmieszna sprawa, bo ja właściwie nie lubię poezji i jej nie czytam, wyjątek robię dla Herberta i Wojaczka.
- A dlaczego go pani lubi?
- Bo jego poezja jest skondensowana. Nie ma tam ani jednego zbędnego słowa, potrafi wyczerpać temat bez zbędnego gadania.
[...]
- A jaki jest pani ulubiony wiersz?
- Tren Fortynbrasa.
- A dlaczego akurat ten?
- Nie wiem. Po prostu mi się podoba. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego podoba mi się akurat ten, a nie inny wiersz.
[...]
- To jakie jeszcze pani jego wiersze lubi?
I tu nastąpiła zaduma. Uświadomiłam sobie, że mimo tego, że na mojej półce stoi wielkie, tysiąckrotnie kartkowane tomiszcze utworów zebranych Herberta, nie potrafię sobie przypomnieć tytułów jego wierszy. Mogę cytować pojedyncze wersy, ale tytułów za cholerę.
- Yy.. Apollo i Marsjasz. I jego prozę poetycką uwielbiam, Księżyc to moja ulubiona.
- No tak. To dziwne. Nie wymienia pani żadnych klasyków, ani żadnych tekstów omawianych na wykładzie. Myślałem, że może uda nam się to załatwić od razu, ale teraz zaczyna mi się wydawać, że to pani uwielbienie Herberta jest trochę nieprawdziwe.
I tu zrobiło mi się piekielnie przykro. Chciałam się jakoś wybronić, ale rozmowa wyglądała na skończoną. Wykładowca polecił mi więcej czytywać rzeczonego Herberta, przed snem na przykład (sic!). Grzecznie się pożegnałam i wyszłam.
To wszystko sprowokowało mnie do przemyślenia, czym właściwie są nasze zainteresowania i pasje, i jak wiele potrzeba poświęcać im uwagi, aby rzeczywiście móc je przedstawiać jako własne. Poczułam się zdyskredytowana, bo moje zamiłowanie do Z.H. nie jest warte tyle, co zamiłowanie połączone z analizą akademicką jego wierszy. Czy jest przez to gorsze? Wiadomo, wśród "interesaczy" znajdują się prawdziwi pasjonaci i typowi "udawacze", którzy, żeby się zaetykietować jako elokwentni, oświeceni i oczytani, lubią udawać, że pałają do czegoś gorącą miłością.
Wydawało mi się, że nie stoję w ich szeregach. Ale moja ocena jest skażona próżnością i subiektywizmem. Ocena kogoś, kto, nazwijmy to, zawodowo zgłębia przedmiot moich zainteresowań, jest chyba bardziej obiektywna, chociaż (akurat w tym wypadku) powierzchowna. Kiedyś w ogóle bym się tym nie przejęła, niezachwianie wierząc w swoje racje. Dzisiaj z przerażeniem odkrywam, jak ludzie bogatsi w wiedzę odbierają mi prawo do moich pasji, moje poczucie własnej wartości, niezachwianą niegdyś pewność siebie i wiarę w to, że mogę podbić świat. Z każdym dniem kolejni nauczyciele akademiccy gaszą wszystkie światełka, jakie starałam się pozapalać wokół siebie. Tęsknię za tą nieustraszoną osóbką, jaką byłam kiedyś, która nie dawała się złamać, a o swoje walczyła zaciekle jak lwica.