niedziela, 7 lipca 2013

Prze(żegnam) się dziś.

Z przykrością zawiadamiam, że blog zostaje tymczasowo zawieszony.
Wyjeżdżam, i całkiem prawdopodobne jest to, że nie znajdę czasu na nowe wpisy.

Jeśli jednak będę miała wi-firifi i parę chwil oddechu, na pewno się o tym dowiecie.

Chciałam też podkreślić, że mój blog NIE JEST miejscem, gdzie można bezkarnie wylać kubeł pomyj na drugiego człowieka. Cenię sobie konstruktywną krytykę dotyczącą merytorycznej treści wpisów, jednak nie mam zamiaru pobłażać osobom, które próbują mnie oczernić, stłamsić, bądź po prostu dać upust swojemu chamstwu. Stąd pojawiła się na blogu moderacja komentarzy. Osobę, czy też osoby, które namiętnie próbują mnie sprowokować do dyskusji na temat mojego życia prywatnego, uprzedzam, że jest to bezcelowe. Osobiste niesnanski możemy wyjaśnić przy kawie, anonimowe głosy piewców mądrości i moralizatorów wrzucam tam, gdzie ich miejsce - do szamba. 

Ponadto, wszystkim hejterom proponuję po prostu nie wchodzić na mojego bloga. Przecież nie kupujecie gazet, których nie lubicie, nie oglądacie programów telewizyjnych, które was nie interesują, nie umawiacie się na spotkania z ludźmi, których darzycie antypatią, nie czytacie książek, które was nudzą - po co więc odwiedzać tę stronę, skoro uważa się ją za mierną, denną, beznadziejną, fatalną etc.


Nie bądźcie lunatykami...
Pozdrawiam ciepło, ahoj przygodo!

wtorek, 2 lipca 2013

Ratunku! Zła książka!



Rzadko zdarza mi się czytać złe książki. Z prostego powodu: korzystam z bibliotek. Wypożyczę, przeczytam parę stron, nie podoba się? Odkładam na półkę. Schody zaczynają się, kiedy już jakąś książkę kupię. Śmieszna sprawa: parę banknotów z Mieszkiem I i nagle człowiek zaczyna się czuć zobowiązany do tego, żeby przebrnąć przez gniota, co to go lekkomyślnie nabył. 


Uchyliłam rąbka tajemnicy, poniżej Gniot w całej okazałości (gościnnie Łoś Superktoś, dla podtrzymania wakacyjnego klimatu):



Dlaczego Witajcie w raju Gniotem jest?
Ano dlatego, że ani to reportaże, ani proza. Ani ciekawe, ani odkrywcze. Jennie Dielemans podobno potrzeba było aż trzech lat, żeby nazbierać materiału na tę książczynę. No cóż, Jennie, kiepska z Ciebie w takim razie "dziennikarka, reporterka, felietonistka, wydawczyni i pisarka" (z noty biograficznej), bo żeby tak pobieżnie potraktować temat, dobremu reportażyście wystarczyłby niespełna miesiąc. 

Czytając "Witajcie w raju", cały czas odnosiłam wrażenie, że autorka chce wszystkim dookoła udowodnić, że jest dociekliwą osóbką i dobrą dziennikarką. Niestety, ślizga się po ludzkich historiach niczym naspidowany ślimak, nie rozwijając żadnego wątku na tyle, by pozostawić u czytelnika uczucie nasycenia opowieścią. 

W bonusie otrzymujemy koszmarek, jakim jest język. W reportażach Dielemans każda z postaci mówi takim samym językiem. Może to wina przekładu, a może tego, że nasza autorka umiłowała sobie krótkie, urywane zdania, które wpycha wszędzie, gdzie się da. Tak, wiem, wiem, charakterystyczne reportażowo toto. Ale dlaczego zauważam, że każdy początkujący mniej lub bardziej reportażysta, który nie za bardzo umie pisać, wszędzie wściubia te pourywane zdanka, licząc na to, że ubarwi tym swoje wypociny? 

Zła, zła książka.
Nie polecam.
Mogę się wymienić na coś bardziej interesującego, jeśli ktoś ciekawy tego dzieła.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Moje prawo do pasji

Ten wpis zainspirowało moje życiowe nieogarnięcie. Wpadłam dziś na wykład, żeby dowiedzieć się, że właśnie ma miejsce zaliczenie. Wykład o poezji Herberta, na który zapisałam się dość naiwnie, bo wielbię Jego twórczość, i jeśli kogokolwiek mogę nazywać autorytetem czy inspiracją dla mojej pisaniny, to właśnie Jego. 

Postawiłam na szczerość i bez ogródek wyznałam wykładowcy, że nie miałam pojęcia o zaliczeniu. Przyjął to ze spokojem, uzgodniliśmy nowy termin dla Soni-sierotki i już miałam podnosić zad z krzesła, kiedy zaaranżował taki oto dialog:
- A pani lubi Herberta?
- Tak, dlatego właśnie zapisałam się na ten wykład. To jest, w ogóle, śmieszna sprawa, bo ja właściwie nie lubię poezji i jej nie czytam, wyjątek robię dla Herberta i Wojaczka.
- A dlaczego go pani lubi?
- Bo jego poezja jest skondensowana. Nie ma tam ani jednego zbędnego słowa, potrafi wyczerpać temat bez zbędnego gadania.
[...]
- A jaki jest pani ulubiony wiersz?
- Tren Fortynbrasa.
- A dlaczego akurat ten?
- Nie wiem. Po prostu mi się podoba. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego podoba mi się akurat ten, a nie inny wiersz.
[...]
- To jakie jeszcze pani jego wiersze lubi?
I tu nastąpiła zaduma. Uświadomiłam sobie, że mimo tego, że na mojej półce stoi wielkie, tysiąckrotnie kartkowane tomiszcze utworów zebranych Herberta, nie potrafię sobie przypomnieć tytułów jego wierszy. Mogę cytować pojedyncze wersy, ale tytułów za cholerę. 
- Yy.. Apollo i Marsjasz. I jego prozę poetycką uwielbiam, Księżyc to moja ulubiona.
- No tak. To dziwne. Nie wymienia pani żadnych klasyków, ani żadnych tekstów omawianych na wykładzie. Myślałem, że może uda nam się to załatwić od razu, ale teraz zaczyna mi się wydawać, że to pani uwielbienie Herberta jest trochę nieprawdziwe. 

I tu zrobiło mi się piekielnie przykro. Chciałam się jakoś wybronić, ale rozmowa wyglądała na skończoną. Wykładowca polecił mi więcej czytywać rzeczonego Herberta, przed snem na przykład (sic!). Grzecznie się pożegnałam i wyszłam.

To wszystko sprowokowało mnie do przemyślenia, czym właściwie są nasze zainteresowania i pasje, i jak wiele potrzeba poświęcać im uwagi, aby rzeczywiście móc je przedstawiać jako własne. Poczułam się zdyskredytowana, bo moje zamiłowanie do Z.H. nie jest warte tyle, co zamiłowanie połączone z analizą akademicką jego wierszy. Czy jest przez to gorsze? Wiadomo, wśród "interesaczy" znajdują się prawdziwi pasjonaci i typowi "udawacze", którzy, żeby się zaetykietować jako elokwentni, oświeceni i oczytani, lubią udawać, że pałają do czegoś gorącą miłością. 

Wydawało mi się, że nie stoję w ich szeregach. Ale moja ocena jest skażona próżnością i subiektywizmem. Ocena kogoś, kto, nazwijmy to, zawodowo zgłębia przedmiot moich zainteresowań, jest chyba bardziej obiektywna, chociaż (akurat w tym wypadku) powierzchowna. Kiedyś w ogóle bym się tym nie przejęła, niezachwianie wierząc w swoje racje. Dzisiaj z przerażeniem odkrywam, jak ludzie bogatsi w wiedzę odbierają mi prawo do moich pasji, moje poczucie własnej wartości, niezachwianą niegdyś pewność siebie i wiarę w to, że mogę podbić świat. Z każdym dniem kolejni nauczyciele akademiccy gaszą wszystkie światełka, jakie starałam się pozapalać wokół siebie. Tęsknię za tą nieustraszoną osóbką, jaką byłam kiedyś, która nie dawała się złamać, a o swoje walczyła zaciekle jak lwica.


piątek, 31 maja 2013

Kiedy własna kreatywność zaczyna Cię przerażać...

Noszę w sobie dużą potrzebę twórczego zrealizowania się.

Niestety, mimo że bardzo lubię, to raczej nie mam smykałki, do tego aby:
  • śpiewać (fałszuję)
  • tańczyć (bardzo kiepska koordynacja ruchowa)
  • malować (mimo dwóch lat bywania na zajęciach plastycznych)
  • fotografować (tutaj po troszę zawinił złodziej, który poczęstował się moją "luszczanką", przez co mój samorozwój <czy raczej niedorozwój> fotograficzny został ograniczony znacznie)
  • projektować wnętrza (to akurat wydawało mi się, że umiem... ale nie umiem)
  • gotować (tak, żeby wyglądało estetycznie i smaczyło dobrze, bo, cytując kolegę Wiktora: Kobieta ze wszystkiego jest w stanie zrobić sałatkę i kapelusik. Sałatkę zrobię, a i owszem)

Jedyny sposób samorealizacji, jaki mi pozostał, to pisanie. Klecę sobie wierszydełka, publicystykę (piekielnie rzadko, bom leniwa, ale coś tam klecę), a dzisiaj popełniłam pierwszą w życiu piosenkę. Z racji tego, że fałszuję (patrz wyżej), nie odważyłam się na katowanie Waszych uszu moim wykonaniem tego zacnego utworu. Za to podzielę się tekstem. Jeśli ktoś miałby ochotę go wyśpiewać w lekko kabaretowej aranżacji, to zapraszam. Od razu się usprawiedliwię, że wszystkie niepotrzebne słówka są po to, by zachować odpowiedni rytm, pod muzyczkę, która leci w mojej głowie. Tirarara, tirarara, tatatititatararita, tak to mniej więcej leci.



Jeśli ostał się tu jeszcze ktokolwiek, kto wątpi w przerażającość mojej twórczości, mam dla niego parę niezbitych dowodów w postaci wycinków z moich wierszy i innych zbiorów literek:

chcę do mojej bańki
szklanej bańki
ślicznej bańki
banieczki błyszczącej jak
wypolerowana dupa
Wenus z Milo

I tę esencją smako-zapachową wciągnąć należy nosem, uchem, jakąkolwiek dziurą pustką ziejącą (poza odbytem, żeby potem nie mieć wszystkiego w d…). 

Brak miłości odbiera sens
odświeżaczowi powietrza
i nożyczkom do paznokci.

chcę zaklejonych oczu i głaskania się po nosie
chcę porannych oddechów i zapachu królika
rozjechanego na szosie


no tak. 
a Wy, jak wyrażacie swoją kreatywność?

wtorek, 28 maja 2013

O literaturze łazienkowej słów kilka

Szkoda, że nie mam dłuższych jelit, bo w kiblu zajebiście się czyta.
- K. Qshyński (taki mój kolega)

Kiedyś, z braku papieru toaletowego, gazetami podcierano sobie dupska. Na szczęście te czasy bezpowrotnie minęły i stos makulatury gromadzi się w kibelku w zgoła innym celu.
Lubię sobie myśleć, że czytanie (w ogóle), a już szczególnie na kiblu, to nawyk ludzi inteligentnych. Po prostu człowiek nie lubiący czasomarnotrawić, męczy się samym aktem defekacji. Żeby mu szybciej i milej ten czas upłynął, czyta sobie gazetki/książeczki/napisy na tubce pasty do zębów. 

Jeśli trafię do piekła, będzie to wielki publiczny szalet bez ani jednej literki na jakimkolwiek nośniku i jedno wielkie, wieczne sranie. 

Zakładam, że część czytelników to ludzie inteligentni, więc pochwalcie się, jaką literaturę łazienkową macie u siebie? Ja się pochwalę:



Podpisywać chyba nie muszę.
A na miłe rozpoczęcie dnia, bonus dla Was:

żródło: "WO extra", nr 2 (17) MAJ 2013

Piękny umysł

Wielkie umysły powinny prowadzić dzienniki.

Przecież takie bogactwo spod zwojów spływające zmarnować się nie może. Taki szyk przestawny w zdaniu, na przykład, piękna rzecz. Od razu poetyckie wszystko się wydaje, niecodzienne, choć to w gruncie rzeczy ograny motyw. U Kuczoka podpatrzyłam, oj lubię Kuczoka, lubię, ale spaczył mi składnię trochę i teraz, gdy piszę, to na siłę ta przestawność się wciska między wyrazy.

Bilans dzisiejszy:
- wypierdzieliłam się na rowerze, znów. Przynajmniej ktoś podszedł, zainteresował się (nowość!). Ale też podszedł tylko dlatego, że to z winy jego upośledzonych motorycznie koleżanek się przewróciłam. W sumie to nie powinnam nazywać nikogo motorycznie upośledzonym, bo nie potrafię narysować sobie na powiece równej kreski nawet eye-linerem w formie PISAKA. FLAMASTRA. Kupiłam dzisiaj, wspaniała promocja: -40% i sprzedałam od razu, bo chciałam jaskółczy łuk na oku, a wyszedł elektrokardiogram. Blip, blip, chlip, chlip. 
#żal z soni

- no i w tym momencie zorientowałam się, że wcale ten mój umysł wielki nie jest, ani piękny, bo skończyły mi się pomysły na to, co jeszcze można by napisać. Zdarzyło się jeszcze rzeczy parę, ale nie wydają się na tyle istotne, żeby je zapamiętywać. Na razie mamy więc „kronikę wypadków/upadków”. Kiedy przyjdzie czas na kronikę wzlotów?

Tu naprawdę będzie wszystko.

O tym, że przewróciłam się na rowerze, o tym, jakiego batona dziś jadłam, o tym, jaką przeczytałam książkę i jakiej muzyczki akurat słuchałam. I nie wiem, kogo mogłoby to obchodzić, ale zakładając, że ludzie są ciekawi tego, co u innych, może ktoś na to spojrzy łaskawym albo, od biedy, ciekawskim okiem.

pozdrawiam serdecznie, padał dzisiaj deszcz.