piątek, 31 maja 2013

Kiedy własna kreatywność zaczyna Cię przerażać...

Noszę w sobie dużą potrzebę twórczego zrealizowania się.

Niestety, mimo że bardzo lubię, to raczej nie mam smykałki, do tego aby:
  • śpiewać (fałszuję)
  • tańczyć (bardzo kiepska koordynacja ruchowa)
  • malować (mimo dwóch lat bywania na zajęciach plastycznych)
  • fotografować (tutaj po troszę zawinił złodziej, który poczęstował się moją "luszczanką", przez co mój samorozwój <czy raczej niedorozwój> fotograficzny został ograniczony znacznie)
  • projektować wnętrza (to akurat wydawało mi się, że umiem... ale nie umiem)
  • gotować (tak, żeby wyglądało estetycznie i smaczyło dobrze, bo, cytując kolegę Wiktora: Kobieta ze wszystkiego jest w stanie zrobić sałatkę i kapelusik. Sałatkę zrobię, a i owszem)

Jedyny sposób samorealizacji, jaki mi pozostał, to pisanie. Klecę sobie wierszydełka, publicystykę (piekielnie rzadko, bom leniwa, ale coś tam klecę), a dzisiaj popełniłam pierwszą w życiu piosenkę. Z racji tego, że fałszuję (patrz wyżej), nie odważyłam się na katowanie Waszych uszu moim wykonaniem tego zacnego utworu. Za to podzielę się tekstem. Jeśli ktoś miałby ochotę go wyśpiewać w lekko kabaretowej aranżacji, to zapraszam. Od razu się usprawiedliwię, że wszystkie niepotrzebne słówka są po to, by zachować odpowiedni rytm, pod muzyczkę, która leci w mojej głowie. Tirarara, tirarara, tatatititatararita, tak to mniej więcej leci.



Jeśli ostał się tu jeszcze ktokolwiek, kto wątpi w przerażającość mojej twórczości, mam dla niego parę niezbitych dowodów w postaci wycinków z moich wierszy i innych zbiorów literek:

chcę do mojej bańki
szklanej bańki
ślicznej bańki
banieczki błyszczącej jak
wypolerowana dupa
Wenus z Milo

I tę esencją smako-zapachową wciągnąć należy nosem, uchem, jakąkolwiek dziurą pustką ziejącą (poza odbytem, żeby potem nie mieć wszystkiego w d…). 

Brak miłości odbiera sens
odświeżaczowi powietrza
i nożyczkom do paznokci.

chcę zaklejonych oczu i głaskania się po nosie
chcę porannych oddechów i zapachu królika
rozjechanego na szosie


no tak. 
a Wy, jak wyrażacie swoją kreatywność?

wtorek, 28 maja 2013

O literaturze łazienkowej słów kilka

Szkoda, że nie mam dłuższych jelit, bo w kiblu zajebiście się czyta.
- K. Qshyński (taki mój kolega)

Kiedyś, z braku papieru toaletowego, gazetami podcierano sobie dupska. Na szczęście te czasy bezpowrotnie minęły i stos makulatury gromadzi się w kibelku w zgoła innym celu.
Lubię sobie myśleć, że czytanie (w ogóle), a już szczególnie na kiblu, to nawyk ludzi inteligentnych. Po prostu człowiek nie lubiący czasomarnotrawić, męczy się samym aktem defekacji. Żeby mu szybciej i milej ten czas upłynął, czyta sobie gazetki/książeczki/napisy na tubce pasty do zębów. 

Jeśli trafię do piekła, będzie to wielki publiczny szalet bez ani jednej literki na jakimkolwiek nośniku i jedno wielkie, wieczne sranie. 

Zakładam, że część czytelników to ludzie inteligentni, więc pochwalcie się, jaką literaturę łazienkową macie u siebie? Ja się pochwalę:



Podpisywać chyba nie muszę.
A na miłe rozpoczęcie dnia, bonus dla Was:

żródło: "WO extra", nr 2 (17) MAJ 2013

Piękny umysł

Wielkie umysły powinny prowadzić dzienniki.

Przecież takie bogactwo spod zwojów spływające zmarnować się nie może. Taki szyk przestawny w zdaniu, na przykład, piękna rzecz. Od razu poetyckie wszystko się wydaje, niecodzienne, choć to w gruncie rzeczy ograny motyw. U Kuczoka podpatrzyłam, oj lubię Kuczoka, lubię, ale spaczył mi składnię trochę i teraz, gdy piszę, to na siłę ta przestawność się wciska między wyrazy.

Bilans dzisiejszy:
- wypierdzieliłam się na rowerze, znów. Przynajmniej ktoś podszedł, zainteresował się (nowość!). Ale też podszedł tylko dlatego, że to z winy jego upośledzonych motorycznie koleżanek się przewróciłam. W sumie to nie powinnam nazywać nikogo motorycznie upośledzonym, bo nie potrafię narysować sobie na powiece równej kreski nawet eye-linerem w formie PISAKA. FLAMASTRA. Kupiłam dzisiaj, wspaniała promocja: -40% i sprzedałam od razu, bo chciałam jaskółczy łuk na oku, a wyszedł elektrokardiogram. Blip, blip, chlip, chlip. 
#żal z soni

- no i w tym momencie zorientowałam się, że wcale ten mój umysł wielki nie jest, ani piękny, bo skończyły mi się pomysły na to, co jeszcze można by napisać. Zdarzyło się jeszcze rzeczy parę, ale nie wydają się na tyle istotne, żeby je zapamiętywać. Na razie mamy więc „kronikę wypadków/upadków”. Kiedy przyjdzie czas na kronikę wzlotów?

Tu naprawdę będzie wszystko.

O tym, że przewróciłam się na rowerze, o tym, jakiego batona dziś jadłam, o tym, jaką przeczytałam książkę i jakiej muzyczki akurat słuchałam. I nie wiem, kogo mogłoby to obchodzić, ale zakładając, że ludzie są ciekawi tego, co u innych, może ktoś na to spojrzy łaskawym albo, od biedy, ciekawskim okiem.

pozdrawiam serdecznie, padał dzisiaj deszcz.